|
piątek, 17 października 2008
"Próba sił" - moja powieść do czytania w Internecie
Polska, rok 2008. Porucznik Michał Marciniak, pilot myśliwski Sił Powietrznych RP, wskutek niezawinionej przez siebie groźnej sytuacji w powietrzu trafia do jednostki uderzeniowej, uzbrojonej w najstarsze i najmniej przydatne bojowo samoloty Su-22. W Unii Europejskiej dochodzi do władzy ekipa skrajnej lewicy, której naczelnym celem jest przeforsowanie ratyfikacji nowego eurotraktatu we wszystkich państwach Unii. Ratyfikacja traktatu zostaje zablokowana przez Polskę. Bruksela podejmuje próbę presji na władze w Warszawie. Konflikt przybiera na sile. Marciniak, tocząc walkę z pechem, przełożonymi i przeciwnikiem, mimo woli jest weń wciągany...
O ile mi wiadomo, jest to pierwsza powieść, w której tak szczegółowo opisano sprzęt i uzbrojenie współczesnych Sił Powietrznych RP. Czytelnik znajdzie informacje na temat aktualnego stanu jakościowego i liczebnego SP RP, dyskusję o celach i sensowności wyboru F-16 jako taktycznego samolotu wielozadaniowego, jak również krytyczne spojrzenie na medialne sensacje wokół jego zakupu. Przy pisaniu dokonałem licznych symulacji komputerowych, by podnieść realizm scen batalistycznych. "Próba sił" została osadzona w polskich realiach i oparta na tylu faktach, na ilu było to możliwe, bez naruszania konstrukcji powieści. Czytelnik z pewnością zastanowi się, co jest faktem, co zaś fikcją. Spieszę z wyjaśnieniem. Faktyczne są cytaty polityków europejskich rozpoczynające powieść. Prawdziwe są cytaty z Traktatu Ustanawiającego Konstytucję dla Europy, którego treść, wg brytyjskich ekspertów, w ponad 90 procentach została przeniesiona do traktatu lizbońskiego. Okręty wojenne opisane w powieści istnieją naprawdę – wraz z całym uzbrojeniem i wyposażeniem, przedstawionym w oparciu o najlepszą wiedzę autora. Również sprzęt lotniczy został przedstawiony w oparciu o dostępne, rzetelne informacje. Wyjątkiem jest całkowicie fikcyjny program „Kwazar”. Nazwy zachodnich jednostek lotniczych zostały zachowane, nazwy polskich jednostek zostały zmienione. Również miejsca dyslokacji niektórych polskich jednostek lotniczych nie do końca pokrywają sie ze stanem faktycznym. Argumenty za wyborem samolotu F-16 zostały przedstawione również w oparciu o faktyczne dane. Przemyślenia autora w tym zakresie pokrywają się z opiniami fachowców. Część wydarzeń z tła politycznego czy gospodarczego opisana w książce miała również miejsce w rzeczywistości - w tekście znajdzie sie wówczas odwołanie do źródła. Wszystkie postacie są fikcyjne, a zbieżność nazwisk czy podobieństwo do żyjących osób jest niezamierzone i całkowicie przypadkowe.
Przy pisaniu powieści korzystałem z ogólnie dostępnych źródeł drukowanych i elektronicznych, jak również informacji uzyskanych od profesjonalistów i hobbystów (patrz Podziękowania). Powieść nie zawiera żadnych informacji, które byłyby w jakikolwiek sposób utajnione. Jeśli nie potrafisz znaleźć, źródeł to zapewne kiepsko szukasz ;-)
piątek, 08 sierpnia 2008
Wykształciuchy jednak istnieją
Swego czasu cała Polska miała za złe ówczesnemu wicepremierowi (a może marszałkowi Sejmu? nie pamiętam) określenie "wykształciuchy". Dla tych wszystkich, którym owo okreslenie odbiło się radosnym, nieraz szyderczym rechotem, mam kiepską wiadomość: wykstzałciuchy istnieją. Istnieją i mają się dobrze. Wątpię, by moja definicja wykształciucha pokrywała sie z definicją autorstwa Ludwika Dorna. Tym niemniej obraz wykształciucha jawi mi się dziś wyraźnie. Wykształciuch - to osobnik z formalnym wyższym wykształceniem. Zazwyczaj robiący karierę i nieźle zarabiający. Od tysięcy podobnych mu ludzi odróżnia go kompletny brak wiedzy o świecie. Zabiera głos na tematy, o jakich nie ma pojęcia. Uważa, że zna sie na wszystkim, bo dostał dyplom ukończenia wyższej uczelni i zarabia powyżej średniej krajowej. To upoważnia go do wygłaszania kategorycznych poglądów. Najczęściej tych politycznie poprawnych lub modnych w "towarzystwie". Chcecie rozpoznać wykształciucha? Zapewne wie najlepiej, że Polsce niepotrzebna jest armia, bo jesteśmy w NATO i Unii Europejskiej. Przemoc i klaps dany dziecku w imię dobrego wychowania to już wykształciuch zbrodnia, ale aborcja - to podstawowe prawo człowieka (już narodzonego, rzecz jasna). Zakaz sprzedaży narkotyków to dla niego paranoja i prawicowy absurd. Oświecenie to dla niego nie zdobywanie wiedzy, ale swoboda obyczajowa. Wykształciuch wie najlepiej, co dla niego i innych jest najlepsze. Jest tolerancyjny - toleruje tylko innych wykształciuchów głośzących podobne poglądy. Wie,jakie poglądy są słuszne (w salonie), a jakie oszołomskie.Imie dyskutować na argumenty, pod waruinkiem, że to są jego argumenty. I zawsze ma rację. Mamy w zachodnim świecie ładnych kilkadziesiąt milionów wykształciuchów - bezkrytycznych naśladowców jedynie słusznych idei i pogladów. Nie pojmują oni sprzeczności we włąsnych poglądach, bo samodzielne myślenie mają mocno ograniczone. Nie zgłębiają złożoności różnych zagadnień życia, bo do szczęscia wystarcza im medialna papka plus niczym nieskrępowane poczucie wyższości. Wykształciuchowatoćś jest produktem naszych czasów - produktem mass mediów, kultury obrazkowo-esemesowej, uznania, że miejsce książki jest na półce i w bibliotece, ale na pewno nie przed oczami czytelnika. To efekt ograniczania programów nauczania i wąskiej specjalizacji. To skutek powstawania jak grzyby po deszczu szkół prywatnych, będących fabryczkami pieniędzy, ale raczej nie dobrze wykształconych absolwentów. To skutek przeświadczenia, że do życiowego sukcesu wystarczy garść umiejętności zawodowych. W końcu - po co sprzedawcy telefonów znajomość historii (poza historią produktów z ostatnich sześciu miesięcy) albo matematyki na poziomie wyższym od zliczania przychodów?
poniedziałek, 14 kwietnia 2008
Politycznie poprawna paranoja
Wydawałoby się, że głupota politycznej poprawności osiągnęła już nieprzekraczalne dno. Otóż nie. O kolejnym absurdzie pisze dzisiaj "Rz" (http://www.rp.pl/artykul/120650.html): Aby uniknąć niepotrzebnych kłopotów, brytyjska marynarka ma rozkaz wypuszczania piratów na wolność. Konwencja praw człowieka uniemożliwia bowiem Brytyjczykom odesłanie przestępców do ojczyzny, gdzie mogłyby im grozić tortury albo kara śmierci. Z tego samego powodu bandyci mają prawo ubiegać się o azyl w Wielkiej Brytanii. Innymi słowy - jeśli jesteś obywatelem państwa, które prawa człowieka ma w głebokim poważaniu, możesz te prawa łamać do woli, rabując, gwałcąc i mordując. W razie, gdyby groziła ci jakakolwiek krzywda, postępowy Zachód pomoże ci uniknąć kary. I jeszcze jeden kwiatek z tego samego tekstu. Po ostatnim porwaniu francuskiego jachtu... Władze w Paryżu nalegają, by została utworzona – pod egidą ONZ – specjalna formacja do walki z piractwem morskim. I jak będzie ta jednostka działać, by nie naruszyć praw człowieka? Będzie grzecznie prosić piratów, żeby przestali?
czwartek, 10 kwietnia 2008
Mentalność "prawdziwego Europejczyka" w jednym zdaniu
Ubawiłem się czytając ostatni akapit jednego z dzisiejszych wpisów Pawła Wimmera. Chodzi konkretnie o ten fragment: ...ciekawe, że Unia Europejska nie podejmuje żadnych widocznych starań o zbudowanie systemu równoważnego Google'owi, znajdującego się pod demokratyczną kontrolą wspólnoty europejskiej ...
Pomijam ową demokratyczną kontrolę, która sama w sobie jest kuriozalna. Wystarczy odpowiedzieć sobie na dwa pytania: czy przewodniczący UE (zwany prezydentem) będzie wybierany w powszechnych wyborach i czy parlament europejski ma co najmniej takie same uprawnienia jak Kongres czy Senat USA, by powyższe stwierdzenie uznać za mocno naiwne. Dziękuję , nie mam więcej pytań :P Powyższe stwierdzenie ma jednak niezaprzeczalnie wartość poznawczą . Obrazuje bowiem w jednym zdaniu mentalność tzw. "prawdziwego Europejczyka" (czyli bezkrytycznego euroentuzjasty - bo Europejczykiem jest się z powodu pochodzenia, zamieszkania i mentalności ukształtowanej przez wielowiekowe dziedzictwo kulturowe Europy, a nie z powodu entuzjazmu dla UE) . Mentalność tę charakteryzuje kilka cech wyrażonych w tym jednym zdaniu: - Unia Europejska musi mieć wszystko to, co USA, tyle, że własne - własny system nawigacji satelitarnej, własny system GPS, - UE robi to po to, by pokazać swoją odrębność (i wyższość) nad USA, - głównym celem Unii jest pozkazanie tej wyższości, - pomimo swej intelektualnej, kulturowej i edukacyjnej wyższości nad obywatelami USA, obywatele UE nie mogą stworzyć podobnej technologii własnymi siłami - musi ich wyręczać w tym brukselska biurokracja. (Mam nadzieję, że pomysł Pawła Wimmera nie wynikał z powyższych pobudek; mam nadzieję, że chodziło o demonopolizację Google'a; przypadkiem czy nie - wyszła kwintesencja "europejskiego" sposobu myślenia).
Wszystko to oczywiście psu na budę. Bo naśladownictwo i konkurowanie z Ameryką na zasadzie bezintereownej zawiści na pewno nie gospodarki unijnej najbardziej konkurencyjną gospodarką swiata (jak sobie życzyli eurokraci w strategii lizbońskiej). Nie uczyni tego ślepe naśladownictwo i konkurowanie na polach, na których Amerykanie są mocni. A już na pewno nie na polu "centralnego zarządzania" unijnego, klonowania amerykańskich pomysłów (remake rzadko kiedy może pobić oryginał) Co z tego, że Unia stworzy własną wyszukiwarkę, własnego GPS-a, może własną dystrybycję Linuksa - skoro bardziej innowacyjne i lepiej dostosowane do potrzeb klienta będą te zza oceanu? Można oczywiście małpować we wszystkim USA - tylko gorzej - i biadolić, że nie wyszło. Nie wychodziło też Związkowi Radzieckiemu, który kradł zachodnie technologie na potęgę, ale nie umiał ich produkować i sprzedawać. Dlaczego? Bo ustrój nie był dostosowany do ludzkich potrzeb i ludzkiej mentalności. Gospodarka działa wtedy, gdy ludziom opłaca się wynajdywać, produkować i sprzedawać,a nie wtedy, gdy chce tego władza - choćby nie wiem jak silna i wysoka. Przykład Linuksa jest tu charakterystyczny. Kilka lat temu dwie z trzech największych dystrybucji (SuSE i Mandrake) miały pochodzenie europejskie. Wydawałoby się, że z promocją Linuksa w Unii - bądź co bądź systemu pochodzącego z Europy - nie powinno być problemu, zwłaszcza przy wsparciu rządów i Komisji Europejskiej. I co? SuSE poszedł w ręce Novella (wtedy też borykającego się z kłopotami), a Mandrake zbankrutował i zwiazał się z jedną z dystrybucji brazylijskich. W tym czasie na gruncie amerykańskim wyrósł Ubuntu. Na gruncie, na którym siedzi dużo mocniej niż w UE Microsoft. Jeśli komuś mało Linuksa, to przypominam, że StarOffice, protoplasta OpenOffice, pochodzi z Niemiec - nim został wykupiony przez Suna. Wydaje się, że nie tędy droga. Mimo to nie brakuje na kontynencie ludzi, wierzących w świetlaną przyszłość, którą można odgórnie zadekretować - na złość Ameryce oczywiście. Unia Europejska może oczywiście ogłosić np., że od 2009 roku słońce będzie wschodzić na zachodzie (na złość Ameryce), ale niczego to nie zmieni. Prawa fizyki, ekonomii czy ludzkie zachowania nie zmienią się od dekretów. Jakikolwiek ustrój oparty na błędnych przesłankach (np. na tym, że unijna biurokracja i centralne finansowanie pokona amerykański wolny rynek - to już przerabialismy w RWPG) musi się wyłożyć. Dopóki Europejczycy tego nie zrozumieją, dotąd będą zostawać z tyłu, dostawać baty i popadać w coraz większe kompleksy.
niedziela, 30 marca 2008
Wstyd europejski
Długo zastanawiałem się, jak nazwać to zjawisko. Nic sensownego nie przychodziło mi do głowy. Wiadomo - głupi obywatel, nie rozumiejący wyższych spraw. Ale stał się cud i oświecił mnie wiceminister Jarmuziewicz. W wypowiedzi radiowej powiedział (mniej więcej), że gdybyśmy nie zdążyli na czas z przestawieniem terminali i lotnisk na strefę Schengen, to byłby WSTYD EUROPEJSKI.
Co to takiego ten wstyd europejski?
Wstyd europejski jest wtedy, gdy Polska nie jest prymusem we wdrażaniu unijnych dyrektyw. Np. dyrektywy z Schengen. Wielkim wstydem europejskim byłoby nieprzyjęcie Traktatu Lizbońskiego przez parlament, tylko rozpisanie referendum . Wstyd europejski jest wtedy, gdy nie jesteśmy bardziej europejscy od eurokratów w Brukseli.
Gdybym był psychologiem, to pewnie napisałbym, że "wstyd europejski" jest wyrazem głębokich kompleksów naszych elit politycznych wobec elit Europy Zachodniej. Ale psychologiem nie jestem, więc tego nie napiszę ;)
Wstyd europejski ma się więc do wstydu tak krzesło elektryczne do pokojowego - chciałoby się sparafrazować stary, pochodzący z czasów komuny, dowcip o demokracji ludowej. Właściwie budzi też i inne skojarzenia z tymi niezbyt ciekawymi czasami. |